Andrzej ‚GED’ Krawczyk – Od giełdy do Psygnosis. Wywiad cz.#2

W latach 80-tych na naszej giełdzie komputerowej pojawiał się facet, o którym wiedzieliśmy, że ma talent rysowniczy, że robi fajne okładki i komiksy itp. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że w czasie kiedy nasi koledzy amigowcy kopiowali gry np. Shadow of the Beast ten facet podpisywał kontrakt z Psygnosis – wydawcą tej gry. Dzisiaj wracamy do wywiadu rzeki z Andrzejem i opowiadamy historię od giełdy, przez komiks Cybernoid i ofertę pracy w Psygnosis po próby z polskim game dev-em.

okładka copy

Od redakcji: To jest druga cześć wywiadu z Andrzejem ‘GEDem’ Krawczykiem. Jak zwykle przy tej okazji dodajemy megabajty grafiki do galerii Andrzeja na naszym portalu. Tym razem są to: niesamowite dokumenty jego twórczości:

  • Zapowiadany wcześniej komiks PIRX
  • Nowy komiks Cybernoid do którego inspiracją jest nie tyle sama gra, ale jak opowiada nam sam Andrzej genialna, klimatyczna muzyka Jorena Tela.
  • Niedokończony komiks Gryzor
  • Wiele innych dawnych i niedokończonych komiksów
  • Dokumenty, przekazane przez Andrzeja – korespondencja między nim a Psygnosis kiedy podejmował u nich pracę w latach 90-tych
  • Szkice – próby dotarcia do Marvela

Zapraszamy do galerii … a przed Wami kolejna, “soczysta” porcja opowieści o realiach lat 80-tych i 90-tych. Z GED’em ponownie rozmawia Yugorin.


Y: A jak to było z Psygnosis? Skąd się tam wziąłeś? Oni Cię znaleźli?

G: W tamtych czasach nie tylko komunikacja była utrudniona z braku netu ale nawet zdobycie adresów firm na świecie było prawie niewykonalne bez znajomości na zachodzie. Zdobyłem wówczas jakiś spis wydawców gier i wysłałem kilka zapytań, między innymi do Psygnosis. W przesyłkach dołączyłem swoje grafiki oraz trochę informacji na mój temat z zapytaniem o możliwość współpracy na odległość. Ależ byłem naiwny!
Dziś nie mogę sobie nawet wyobrazić jak taka współpraca bez internetu mogłaby wyglądać, opóźnienia w komunikacji byłyby zbyt duże. Pamiętam, że między innymi wysłałem te listy do Bitmap Brothers i Capcomu – to dla mnie zawsze będą najlepsze firmy softwarowe na świecie. Psygnosis zostało wchłonięte wiele lat temu przez Sony, Bitmap Brothers zostało kupione przez Rebellion a tylko Capcom idzie nadal pełną parą. Bitmapowców kocham nie tyle za gry – bo wiele z ich gier jest na granicy grywalności – ale przede wszystkim za grafiki i animacje Marka Colemana – moim zdaniem najlepszego pixelartysty jakiego kiedykolwiek matka Ziemia nosiła i nosić będzie. Jego prace są zachwycające a styl i warsztat oraz wyczucie kolorystyki – niezrównane. Gry Capcomu z kolei to dla mnie religia. Oni nie mają słabych gier – ich produkcje to dla mnie synonim perfekcji w arkadowej rozrywce. A takie produkcje jak „Commando”, „Final Fight”, „Ghosts’n Goblins”, „GunSmoke”, „AlienVSPredator”, „1942”, „Bionic Commando” i wiele, wiele innych są moimi świętościami. Natomiast samo Psygnosis, jedyna firma, która mi odpowiedziała – zawsze było symbolem wysokiej jakości.

Cybernoid jest moim najważniejszym komiksem w życiu, otworzył mi drogę do poznania ludzi z Psygnosis, pomaga mi w zdobywaniu pracy jako istotny przykład moich umiejętności w portfolio i jest wspaniałą twórczą przygodą jaką¹ przeżyłem przy jego rysowaniu z moim przyjacielem i scenarzystą Januszem Onufrowiczem. Obecnie trwa praca nad drugą częścią tej historii.  Więcej w Galerii

Mój stosunek do Psygnosis ukształtowała przede wszystkim gra „Shadow of the beast”. To dziwna sprawa, uważałem tą firmę za odpowiednik szlachty wśród producentów gier, choć z perspektywy czasu potrafię na nich spojrzeć w trzeźwy sposób i znacznie niżej oceniam ich produkcje niż wtedy. W zasadzie są tylko dwie doskonałe gry, które przetrwały dla mnie próbę czasu i zasługują na to miano: „Shadow of the beast” oraz „Leander”. Obie gry przechodziłem do końca bez nieśmiertelności, zwłaszcza „Bestia” była wdzięcznym materiałem do „obcykiwania” ze swoimi pomysłowymi, trudnymi ale bardzo uczciwymi algorytmami ataków. Patrząc na produkcje Psygnosis po latach muszę niestety stwierdzić, że bardzo często grafika była na przeciętnym poziomie, grywalność była niedopracowana i nudna albo ciekawa ale szatańsko trudna, systemy doczytywania danych powolne i irytujące. Ich dwie gry, które byłyby cudowne gdyby nie zostały z powyższych powodów zepsute to „Awesome” i „Shadow of the beast2”, obie bardzo sobie cenię. Wydaje mi się, że ja i inni gracze w tamtych czasach darzyliśmy takim szacunkiem Psygnosis bardziej ze względu na aurę jakości niż samą jakość, bo niestety ich gry były na Amigę bardzo nierówne. Ważnym elementem w ich grach była oprawa muzyczna i dźwiękowa, która czasem skutecznie odwracała swoim pięknem uwagę od fatalnej jako- ści samej gry (np „Agony”, która była dla mnie bardziej demem graficznym niż grą). Moja ocena jest też jak najbardziej subiektywna, gdyż zdaję sobie sprawę, że stworzyli też kilka dobrych gier spoza obszaru moich zainteresowań („Obitus”, „Perihelion”, „HiredGuns”, „Armourgeddon”, „Lemmings”). Podkreślam też, że mówię cały czas o produkcjach na Amigę.

Korespondencja z Psygnosis oraz moje wyróżnienie na YEA 92 za animację. Więcej w Galerii

Wracając do Twojego pytania Arku, byłem zachwycony, kiedy otrzymałem od nich list z odpowiedzią. Napisali mi, że moje prace cyfrowe „mogą być, po pewnych poprawkach”, co było dla mnie ogromnym kom- plementem, bo wysłałem im dyskietkę z moimi jedynymi kilkoma grafikami jakie kiedykolwiek zrobiłem, dopiero zacząłem się bawić DeluxePaintem. Wysłałem im też dwie animacje: jedna to był mechaniczny dinozauropodobny robot (za tą animację dostałem wyróżnienie na Europejskim Konkursie Sztuki Kompu- terowej Młodych (YoungElectronicArts 1992) a druga to biegnący cyborg zrobiony na stareńkim pradziadku obecnego 3DS Maxa nazywającego się „Real3D”. Ale ich zainteresowanie wzbudził przede wszystkim komiks „Cybernoid”, narysowany przeze mnie we współpracy z moim przyjacielem, aktorem i scenarzystą Januszem Onufrowiczem.
Minęło kilka miesięcy zanim mój wyjazd do Wielkiej Brytanii doszedł do skutku. Długo trwały formalności i zdobycie paszportu, którego w tamtych czasach nie można było trzymać w domu tylko trzeba było składać podania o pozwolenie na wyjazd za granicę oraz wydanie paszportu. W końcu ten paszport dostałem, kupiłem bilet na autokar oraz prom i pojechałem do nich. Podróż wspominam z ogromnym sentymentem, prawdopodobnie byłem jedynym Polakiem, który w tamtych czasach na własne oczy obejrzał najsłynniejsze studio software’owe na świecie. Osobliwe wspomnienia mam również z podróży promem. Rejs odbył się nocą a ja miałem wykupioną kabinę w której miałem ją spędzić. Niestety jednak nie zdecydowałem się na to. Kiedy zszedłem pod pokład minąłem szereg wodoszczelnych grodzi. Przystanąłem sobie przy jednej z nich i obejrzałem dokładnie, poczytałem informacje na ścianie i dowiedziałem się, że w przypadku dostania się wody do wnętrza promu zamykają się one automatycznie na polecenie z mostka. Oczami wyobraźni już widziałem siebie w roli szczura w pułapce jak w „Tragedii Posejdona” więc zabrałem plecak i spędziłem noc na górnym pokładzie. Tej nocy wydałem zresztą sporo cennej brytyjskiej waluty bo jak się okazało nie byłem jedynym nocnym Markiem. Razem z Michelem – młodym Norwegiem – napierdalałem przez cała noc na automacie SNK „Robo Army”, rewelacyjną i prześliczną chodzaną bijatyką.

W Liverpoolu poznałem grafików Psygnosisa i ich szefa Jeffa Bramfitta. Zostałem zakwaterowany w superhotelu, w dzień włóczyliśmy się po pubach i salonach gier a po południu siedziałem w ich studiu – wielkim przemysłowym hangarze pięknie i nowocześnie przerobionym na siedzibę firmy. Wrażenie było szokujące, kultura pracy na najwyższym poziomie. Graficy siedzieli sobie przy wypasionych stanowiskach, oglądałem sobie na ich ekranach grafiki i animacje z produkcji, o których nie wiedzieli jeszcze nawet branżowi dziennikarze. Każdy z uśmiechem opowiadał mi co robi i nad jaką grą pracuje, wszystko przesiąknięte było wspaniałą atmosferą luzu i pasji. Pod ścianą stały automaty arcadowe, m.in. „Lemmings” (Tak, tak, wydali to na automaty również!). Jeden narożnik sali był zajęty przez ogólnodostępną darmową spiżarnię w której od podłogi po sufit na regałach leżały stosy wszelakiego dobra pomagającego tworzyć sztukę: chipsy, ciastka, czekolady, napoje i czego by tylko głodny grafik zapragnął. A dla zboczeńców lubiących zdrowe jedzenie były kosze z kanapkami i owoce. Kiedy przeprowadzano ze mną rozmowę kwalifikacyjną (Zeusie błogosław te wszystkie gry, komiksy i książki SF na których nauczyłem się angielskiego) pokazałem im swoje portfolio, szkice i inne prace oraz projekty gier. W ciągu trzydziestu minut dostałem robotę i zaczęli mnie wprowadzać w zakres przyszłych obowiązków. Nie było żadnego pitolenia o tajemnicy produkcyjnej, podpisywania dupereli, lojalek i innych farmazonów, bez których dziś, w korporacji, nie pokażą ci nawet tajnej trasy do tajnego kibla. Miałem się zająć nową produkcją – ich pierwszą grą na płytach CD. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem płytę CD, a jak puścili mi z niej interaktywny film, renderowany na jakimś programie Maxopodobnym, to aż żuchwa mi opadła – takiej swobody twórczej każdy grafik by sobie życzył, zwłaszcza w tamtych czasach! W głowie mi się nie mieściło, jak można coś takiego pomieścić na fizycznym nośniku! Zapytałem Jeffa ile dyskietek Amigowych zmieści się na jednym dysku CD, a kiedy odpowiedział mi „Thousands” myślałem, że stroi sobie ze mnie żarty! Tak, roboty szykowało się od groma, Jeff nawet zażartował, kiedy zapytałem go o znaczenie nazwy „psygnosis”, że to od słowa „psychosis” bo tyle mają pracy.

Szkice GEDa z lat 90-tych. Niektóre z tych szkiców po latach, w 2019 roku Andrzej zmienił w prace graficzne na Commodore 64. Więcej w Galerii

Y: Coś zrobiłeś dla nich, czy to był okres próbny i wróciłeś do kraju bez zaznaczenia swojej obecności?

G: Jak to mówią „dobrze żarło, ale zdechło”. Sprawa pracy została zamknięta pozytywnie, przygotowano mnie wstępnie do ogarnięcia mojej działki obowiązków, ustaliliśmy honorarium (nie pamiętam już dzisiaj tej kwoty, ale dobrze pamiętam jak nogi się pode mną ugięły z szoku, kiedy przeliczyłem sobie jaki to będzie majątek w złotówkach!). Nadszedł więc moment pożegnania. Miałem spędzić miesiąc w Polsce, czekając na zgodę z brytyjskiego Urzędu Imigracyjnego na zezwolenie dla Psygnosis, na zatrudnienie obcokrajowca. Nie byliśmy wówczas w Unii Europejskiej i to była cała skomplikowana procedura, którą zresztą, jak się okazało, rozpoczęli już miesiąc wcześniej, zakładając z góry, że będą zadowoleni z rozmowy kwalifikacyjnej.
No i niestety nic z tego nie wyszło. Po jakimś czasie dostałem pismo z Urzędu Imigracyjnego, że Psygnosis musi zatrudnić Brytyjczyka albo obywatela Unii Europejskiej z wykształceniem kierunkowym i doświadczeniem. Psygnosis miało spore poczucie winy i byli mocno zawiedzeni takim obrotem sprawy, ale cóż życie toczy się dalej więc po obu stronach pozostały choć miłe wspomnienia. Pamiętam jak byli zaskoczeni poziomem piractwa w Polsce oraz dostępnością (właściwie jej brakiem) oryginalnego oprogramowania, jego cenami i marną siła nabywczą złotówki. Kiedy wyjeżdżałem z Liverpoolu Jeff powiedział mi, że skoro nie mam żadnego oryginału to chociaż od nich dostanę oryginalne gry Psygnosis. Zapytałem „A które?” na co Jeff odpowiedział krótko: „All of them”. Tak, kupiłem sobie tam drugi plecak na to ich „all of them”. Wypełniły go oryginalne pudełka wszystkich do tej pory wydanych na Amigę gier, kilka T-shirtów z grafikami z ich gierek oraz plakaty. Za samo to oprogramowanie w Polsce mogłem załatwić sobie zwrot kosztów podróży
w obie strony, ale wolałem się nim podzielić niż sprzedać. Wszystkie te gry w końcu porozdawałem, do dziś zostały mi tylko T-shirty, niestety mocno zmasakrowane przez moją kotkę Tosię – szylkretkę z ADHD!

Y: OK, wróciłeś i co się z Tobą działo?

G: Powrót do Polskiej szarzyzny odczułem jak fizyczny ból i cios w brzuch, taka była różnica pomiędzy światem na zachodzie a Polską. Po latach jestem jednak wdzięczny losowi za to, że w UK nie zostałem. Ten wyjazd zmienił moje nastawienie do świata, siebie, pracy – uwierzyłem w swoją wartość, ale ze zgrozą myślę, że mało brakowało a osiadłbym tam na stałe i porzucił Polskę w której jestem szczęśliwy, mieszkałbym na wygnaniu wśród obcych i żyłbym dla gromadzenia szmalu a przede wszystkim nie poznałbym Renatki.

Gryzor powstawał mniej więcej w czasach Cybernoida i miał być elementem moich planów wydawniczych realizowanych na giełdach komputerowych. Chciałem narysować wiele serii bazujących na różnych grach komputerowych i arkadowych ale z moimi autorskimi scenariuszami i właśnie na giełdach je sprzedawać. Więcej w Galerii

Silna potrzeba zmiany swojego życia po powrocie, skierowała moją egzystencję na nowe tory. Spowodowała wyprowadzkę do Wrocka, podjęcie pracy w DTP i założenie rodziny.
Moja pierwsza praca we Wrocławiu, zmusiła mnie do codziennego dojazdu z Opola. Przez kilka miesięcy nie miałem jeszcze wynajętego mieszkania, więc siłą rzeczy musiałem tłuc się tym pociągiem tam i z powrotem (Hobbit? dopisek redakcji :). Jest z tym także związana pewna numerologiczna ciekawostka. Codziennie dojeżdżając autobusem spod dworca głównego PKP do budynku ówczesnego Poltegoru (dziś na tym miejscu stoi biurowiec „Podniebna Wieża”), mijałem kamienicę mieszczącą się nieopodal tegoż biurowca. Codziennie omiatałem w zamyśleniu jej mury oraz namalowane pod oknem na parterze grafitti, przedstawiające Oko Opatrzności wpisane w trójkąt emitujący promienie. Trzy lata później, dziewczyna mieszkająca za tym oknem, była już moją małżonką. Ale to jeszcze nie wszystko. W Opolu, przez całe życie mieszkałem pod numerem 129/2, moja Renia od grafitti, mieszkała we Wrocku pod 29/2, a obecnie mieszkamy pod numerem 12/2. I to jeszcze nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności. Nasze obecne mieszkanie we Wrocławiu, mieści się w sąsiedniej klatce, obok mieszkania w którym byłem jeden jedyny raz w życiu 15 lat wcześniej w związku z ratowaniem arkadowego „Zaxxona” z pożaru salonu gier. Gdybym wtedy dowiedział się, że za ścianą jest lokal, który kiedyś będzie domem moim i mojej ukochanej, to bym nie uwierzył.
Z tym „Zaxxonem” zaś sprawa również wyglądała bardzo ciekawie. Piętnaście lat wcześniej odwiedziłem we Wrocławiu przyjaciela, który pochwalił się, że zna chłopaka, który jest niezwykle uzdolnionym elektronikiem i że udało mu się uruchomić oryginalną płytę główną „Zaxxona” wydobytą ze zgliszczy spalonego niedawno salonu gier. Oryginalne arkadówki były dla nas jak święty Graal. Sam pomysł posiadania takiego cudu w domu, na własność, był tak niewiarygodnie piękny i abstrakcyjny, że z ochotą zgodziłem się na wspólne odwiedziny u tego chłopaka. No i świetnie się bawiliśmy przez cały wieczór, a ja nie mogłem otrząsnąć się z zachwytu jak wyglądają i działają bebechy takiego automatu. Chłopak pokazywał nam różne sztuczki i możliwości tej płyty, między innymi zaskoczył mnie wieloma informacjami, które obecnie dla grającego na MAME miłośnika starych gier, nie są już niczym nowym: tzw. DIP SWITCHES decydujące o parametrach gry i stopniach trudności, albo wirtualne „wrzucanie monet”. Ale najbardziej zaszokowało mnie, kiedy spowolnił działanie całej gry, przykładając mokry ręcznik do jakiegoś obwodu, zmieniając jego rezystancję (chyba tak to tłumaczył – z góry przepraszam jeśli coś naplątałem, ale się nie znam). To pomagało nam bić rekordy. Tak więc zaliczanie bazy robiliśmy normalnie, a w każdej walce z myśliwcami pomiędzy bazami, kumpel moczył ręcznik i przykładał do płyty. Zawsze miałem nabożny stosunek do cudów natury zwanych arkadówkami i takie ich traktowanie oraz fakt, że nie napędza ich duch święty, a tak poza tym to działają na tych samych zasadach co lepszy sprzęt AGD, było dla mnie szokiem. Widząc co ten chłopak wyprawiał z tą grą i mokrą szmatą, miałem wrażenie, że ktoś tu potraktował damę jak dziwkę.
Wracając do tematu zatrudnienia we Wrocławiu po powrocie z Anglii, nie byłem pewien, czy sobie poradzę z powodu braku wykształcenia. Na szczęście, jak się szybko przekonałem, było ogromne zapotrzebowanie na DTPowców, a ja miałem już niejakie doświadczenie w tej materii, gdyż w Opolu, przez pewien czas, pracowałem w agencji reklamowej. W tej agencji rzeźbiłem reklamy na CorelDraw (to był jedyny i ostatni czas w życiu, kiedy zmuszony byłem pracować na tym fatalnym, topornym i zawieszającym się programie, który tylko jedną rzecz potrafił robić bez pudła: błędy postscriptowe).
Miałem szczęście żyć w czasach i pracować w branży, w której nikt nie żądał ode mnie dyplomów, a jedynie umiejętności, co do pewnego stopnia funkcjonuje i dzisiaj. Z wielu powodów osobistych zawsze miałem poważne problemy w szkole. Najpierw podstawowej a później Liceum Plastycznym. Chodziłem do Opolskiego Liceum Sztuk Plastycznych im. Jana Cybisa na ulicy Strzelców Bytomskich, w budynku Szkoły Muzycznej, która udzieliła nam pod swoim dachem gościny na wiele lat. I pomimo, że wyrzucono mnie z tej szkoły dyscyplinarnie za absencję na przedmiotach ścisłych, to nie ma dnia abym o tej szkole nie myślał. To moje najukochańsze miejsce na Ziemi i źródło najpiękniejszych wspomnień. Mam na jej punkcie najprawdziwszą obsesję i jestem pewien, a mówię to całkowicie poważnie, że po śmierci, będę się tułał po korytarzach tej szkoły przez dziesiątki lat, dopóki będzie istniała, jako poltergeist. Mam nadzieję, że nikt mnie stamtąd nie egzorcyzmuje (to byłoby trzecie z kolei relegowanie ze szkoły!). Dyrektorem PLSP w tamtych czasach był wspaniały pedagog, doskonale wykształcony historyk i jedyny prawdziwy dżentelmen jakiego w swoim życiu spotkałem – nieżyjący już od kilku lat – Pan profesor Mieczysław Gąsiorek. Ten wspaniały człowiek robił wszystko, abym został w szkole, ale niestety, nie byłem w stanie mieszkając z ojcem alkoholikiem, nadrobić wieloletnich zaległości w przedmiotach ścisłych. Bez koncentracji nie ma edukacji. Jestem jedynym chyba człowiekiem w Polsce wywalonym dwukrotnie z tej samej szkoły. Tak, wiem, to zabawne jest, ale tylko z perspektywy dziesiątek lat – wtedy miałem myśli samobójcze bo niestety, dla młodego człowieka, wydarzenia mają zupełnie inną skalę, a wydalenie z ukochanej szkoły było dla mnie końcem świata. Po kilku dniach od wyrzucenia z budy moja mama poinformowała mnie, że Pan Gąsiorek odwiedził ją w jej księgarni i przedstawił pewną propozycję. Ten kochany, wspaniały człowiek, zwrócił się do swojego znajomego dyrektora Wrocławskiego Liceum Plastycznego z prośbą, abym tam właśnie, mógł szkołę kontynuować. Codzienne dojazdy lub mieszkanie w bursie miało mnie zdyscyplinować i zmotywować do nauki. Wrocławski dyrektor wyraził zgodę, miejsce dla mnie czekało – do mnie należało jedynie „wsiąść do pociągu byle jakiego” i zameldować się we Wrocku, na rozpoczęcie roku szkolnego. No i oczywiście, uniosłem się honorem i dumą i odmówiłem. Na złość całemu światu poszedłem do… Opolskiej Zasadniczej Szkoły Budowlanej.

Fragmenty komiksu o pilocie Pirxie. Cały komiks w Galerii

Ucząc się przez rok w opolskiej budowlance, miałem okazję zetknąć się z embrionem klasy robotniczej. Był to dla mnie szok socjologiczny, wchodząc do gmachu szkoły rozumiałem pełniej, co czuł Luke Skywalker w kantynie w MosEisley na Tatooine i słyszałem w głowie ostrzeżenie Bena Kenobi „You will never find a more wretched hive of scum and villainy. We must be cautious. „ Jednak podobnie jak w kantynie, w tej szkole także znalazłem dobrych, wartościowych ludzi: spotkałem swoją Leię, jedną z najbardziej atrakcyjnych i zmysłowych kobiet jakie w życiu poznałem (jedną z moich nauczycielek), a także swojego Hana Solo, człowieka, który został moim najlepszym i najwierniejszym przyjacielem na większość życia (niestety nie wytrzymał „leczenia” białaczki we wrocławskim szpitalu i po dwóch latach trucia chemią i naświetlania promieniowaniem jonizującym, przy totalnym zaskoczeniu i osłupieniu zdumionego środowiska lekarskiego – umarł w 2012 roku spełniając w swoim przypadku modną wówczas, aztecką przepowiednię o końcu cyklu świata). Muszę po latach przyznać, że ta szkoła była dla mnie ogromnym, pozytywnym doświadczeniem w relacjach międzyludzkich i sztuce oceniania ludzi. Pozornie była to szkoła dla „roboli” i niczego dobrego się po nauce tam nie spodziewałem. A jednak spędzony tam rok wspominam ciepło, gdyż pod szorstką warstwą nieokrzesania, wulgarnego słownictwa i pozornej intelektualnej płycizny, poznałem tam po prostu wspaniałą gromadę twardych, doświadczonych przez życie i już na starcie, pozbawionych wielu szans rozwoju i edukacji rewelacyjnych chłopaków. Ponadto, nad tym żywiołem pieczę miało doskonałe grono pedagogów, których bardzo polubiłem, zresztą z wzajemnością. Jeśli miałbym kiedyś iść na wojnę, a za towarzyszy wybrać sobie młodzież z jakiejś szkoły – to jestem pewien, że żadna miękka pizda z ogólniaka, nie będzie takim godnym zaufania towarzyszem broni jak twardziel z zawodówki.
Jakby jednak tego nie rozpamiętywać, jedno było pewne – przemyślałem wiele spraw i postanowiłem jeszcze raz spróbować wrócić do plastyczniaka. Miłą niespodzianką okazała się gotowość Pana Profesora Gąsiorka do ponownego przyjęcia mnie do plastyczniaka w Opolu. Przyjęcia mnie, abym powtarzał rok i kontynuował naukę na miejscu. Niestety „orzeł nie wylądował”.

Ze swoich doświadczeń pamiętam, że coś, co dzisiaj uważam za dziedziny fascynujące i pełne arcyciekawych tematów, czyli fizykę i matematykę – w tamtych latach uważałem za synonim nudy i rzeczy bezużyteczne. Przypominam sobie jak kiedyś, jako dzieciak, zapytałem jakiegoś adiunkta na opolskim uniwersytecie, po co komu fizyka i matematyka, skoro nie mają praktycznego zastosowania. Odebrało mu mowę, miałem u niego akurat korepetycje i do dziś mam przed oczami, jak trzęsącymi się z szoku takim obrazoburstwem rękami, tłumaczy mi przy pomocy linijki i opasłego słownika w roli „ciała”, co to są maszyny proste i jakie mają zastosowanie. No tak, kiedy jednak pojawiły się w moim życiu komputery zmieniło się wszystko. Nauczyłem się basica i podstaw kodu maszynowego na ZX Spectrum i bardzo szybko zacząłem robić gry. Przede wszystkim w Basicu, używając jedynie pomocniczych podprogramów w kodzie maszynowym. Po pewnym czasie dochodziło przez to w szkole do absurdalnych sytuacji.

Mieliśmy w plastyczniaku nauczycielkę matematyki i fizyki. Uczniowie serdecznie jej nienawidzili za terror jaki wprowadzała i brak profesjonalizmu, który przejawiała jako pedagog. Kilka lat po moim definitywnym odejściu z tej szkoły, cała szkoła zastrajkowała, WSZYSTKIE dzieciaki odmówiły powrotu do szkoły dopóki ona nie odejdzie. O dziwo poparli ten protest i nauczyciele, i rodzice i – co najważniejsze sam Pan Dyrektor – Mieczysław Gąsiorek. No i odeszła. A po roku wróciła, sąd przywrócił ją do pracy, opierając się, na jak się okazało, nie dość jeszcze martwych, przepisach ze stanu wojennego!
I z tą właśnie „damą” miałem swoje matematyczno-komputerowe scysje. Zaszła bowiem kuriozalna sytuacja. Z matematyki i fizyki wiedziałem tyle, ile przeczytałem w książkach SF. Jako uczeń, w zakresie tych przedmiotów, byłem całkowicie dysfunkcyjny, łapałem pały skrupulatnie, dbając by żadna mi nie umknęła. A jednak – dostawałem najwyższe oceny z logiki matematycznej i pisałem programy edukacyjne na matmę, fizykę i historię sztuki. Z interaktywnymi quizami, animowanymi doświadczeniami, grafiką. Prostowałem też nagminnie i bezczelnie, bzdury jakie opowiadała o programowaniu i komputerach pani G. Tłumaczyłem jej, jak działają komputery i na czym polega programowanie, dlaczego program który z namaszczeniem pokazuje w gazecie, nie musi wcale działać tylko dlatego, że jest w gazecie itd.

Szkice GEDa z lat 90-tych. Niektóre z tych szkiców po latach, w 2019 roku Andrzej zmienił w prace graficzne na Commodore 64. Więcej w Galerii 

Jeśli coś pozwalało mi utrzymać się w jako takim zdrowiu psychicznym i emocjonalnej równowadze w tym całym szkolnodomowym syfie, to z dawna oczekiwany i wymarzony rozwód moich rodziców i wyprowadzka ojca. Dzięki czemu w naszym domu, ja i moja mamusia, mieliśmy wreszcie spokój. Dodatkowo ja miałem swojego własnego Komodorka, który dzień w dzień pieścił me zmysły, oraz moje liczne zainteresowania plastyczne i literackie. Nie pamiętam dokładnie w którym roku go kupiłem, ale wtedy tylko śmierć mogła mnie powstrzymać od zdobycia Komcia. Miałem na łóżku przyklejony pasek papieru milimetrowego i zaznaczałem na nim każdą zdobytą złotówkę, która szła na „fundusz Commodore64”. Przez dwa lata wsiadłem zaledwie parę razy do autobusu, wszędzie chodziłem piechotą, a kasę na bilety od mamy odkładałem. Nawet przestałem grać w salonach, chodziłem jedynie popatrzeć, ograniczyłem zakupy książek.

Myślę, że gdyby szatan istniał naprawdę – i nie mówię tu o różnych energetycznych formach życia i bytach międzywymiarowych w które wierzę, ale o szatanie rogatym z tej absurdalnej biblijnej mitologii – to mógłby łowić nasze młode dusze tuzinami i to podbierakiem, jak ryby ogłuszone granatem. Rozdając Komodory za dusze, piekło miałoby wówczas żniwa bez wysiłku. No, ale podejrzewam, że Jehowa ustalił wtedy jakieś reguły Fair Play i ograniczenia oraz kary dla diabłów. Pewnie kupno duszy za Komcia uważane było w niebie za niesportowe i zakazane. Słusznie Bóg doszedł do wniosku, że można człowieka wodzić na pokuszenie, ale są kurna jakieś granice, bo oparcie się takiej zamianie bezwarunkowo byłoby dla gówniarza niewykonalne. Kilka lat później zdobyłem Amigę i historia się mniej więcej powtórzyła. Swoją pierwszą Amigę odebrałem od sprzedawcy o drugiej w nocy, na jakimś ciężkim opolskim zadupiu i szedłem przez całe miasto piechotą, ze sprzętem o wartości dziennego utargu księgarni mojej mamy. Co dziwne w ogóle się nie bałem, choć, w zwyczajnych okolicznościach, w nocy, nigdy bym się po takich miejscach nie szwędał. Nawet z kolegą. Byłem na takim haju, takich skrzydeł dodawała mi świadomość, że jak dojdę do domu to zacznie się „napierdalanie na Amidze do oporu, z przerwami na siku, numer drugi i jedzenie, bez mycia”, że gdyby tamtej nocy ktoś próbował mnie napaść to broniłbym Amigi jak kotka młodych. Wyłączył mi się zupełnie instynkt samozachowawczy. Dla czegoś co obecnie jest tylko starym sprzętem AGD, gotów byłbym wtedy zaryzykować zdrowie i życie.
Jak to mówią, tylko idiota spodziewa się, że po raz drugi dodając te same liczby otrzyma inny wynik (chociaż akurat ja ze swoimi zdolnościami matematycznymi mam tak dość często), więc niestety wylali mnie ze szkoły po raz kolejny i tym razem ostateczny. Dziwne były te ostatnie dni w klasie, kiedy jeszcze przez tydzień chodziłem do mojej ukochanej szkoły na lekcje siłą bezwładu, choć już nie byłem jej uczniem. Z jakiegoś powodu nauczyciele mi na to pozwolili, ale do dziś pamiętam to irracjonalne doświadczenie behawioralne. Jeszcze niedawno byłem otoczony kolegami, roześmianą paczką i codziennymi szkolnymi radościami i smutkami – a tamten ostatni tydzień miałem uczucie jakbym stał się niewidzialny. Tak pewnie będę się czuł w przyszłości, jako ów nawiedzający mój plastyczniak poltergeist. Moje ciało astralne będzie krążyć wśród uczniów, ale oni nie będą mnie widzieć – jak wtedy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że zachowanie, które na swój własny użytek nazwałem „syndromem bizona”, jest dość pospolitą reakcją psychologiczną na sytuacje, na które nie wiemy jak zareagować, to wyparcie problemu lub zdarzenia – udawanie, że coś nie istnieje jest samo w sobie rozwiązaniem. Dlatego jeden strzelec może zgładzić tysiąc bizonów, sąsiad trupa do końca będzie udawał, że wszystko gra. Podsumowując – nie mam matury i niestety, dopiero jako dorosły, rozumiem jaką radość daje zdobywanie wiedzy.

Y: Próbowałeś w innych firmach z tej branży?

G: O, tak. Ja przez całe swoje zawodowe życie bujam się na przemian, pomiędzy firmami software’owymi, agencjami reklamowymi i wydawnictwami. Kiedy już rzygam robieniem gier, idę do agencji reklamowej. Jak już mam dość kolejnego szefa debila – startuję do gazety. Po kolejnej scysji z redaktorem kretynem wracam do gier. Zastanawiam się z jakiej branży będzie w końcu firma, w której wyciągnę ze stresu kopyta.

Szkice GEDa z lat 90-tych. Niektóre z tych szkiców po latach, w 2019 roku Andrzej zmienił w prace graficzne na Commodore 64. Więcej w Galerii

Zawsze miałem bardzo zdrowe, realistyczne podejście do swojej twórczości i ogromny do niej dystans. Uważałem zawsze, że jako grafik jestem „dość dobry”, ale bynajmniej nie „bardzo dobry”. Bardzo interesuję się komiksem światowym, śmiem twierdzić, że widziałem większość tego co homo sapiens w tej materii najlepszego stworzył i obserwuję wielu artystów w internecie. Tacy rysownicy (żyjący i nie) jak Bilal, Manara, Moebius, Sejic, Davis, Christa, Breccia, Kirby, Buscema i masa, masa innych to BOGOWIE, wyprzedzający resztę artystów o lata świetlne i choćby zbliżenie się do ich poziomu jest niemożliwe. Powód? Brak czasu na trening warsztatu. Jeżeli kocha się rysowanie to spędzając przy tej pracy ok 7 godzin dziennie, można by osiągnąć dowolnie wysoki poziom. To jednak wymaga poświęceń i każdy artysta sam musi dokonać rachunku sumienia, czy jest na to gotów. Chyba, że ma się szczęście zarabiania rysowaniem komiksów. Lub pecha, jeśli spojrzeć na to z innego punktu widzenia. Są bowiem światowej sławy artyści, którzy przy przeciętnym warsztacie wstrzelili się w gust czytelników i zaczęli zarabiać dobre pieniądze swoim stylem. I niestety w tym stylu, bez warsztatu i wiedzy o anatomii pozostali już na zawsze. Przestali nad sobą pracować, być może z lenistwa, może z braku czasu, bo komiksiarstwo to czaso i pracochłonna orka, może ze strachu przed zmianą czegokolwiek w dobrze działającej drukarence dolarów. Takimi przeciętnymi artystami dla mnie są lub byli: MacFarlane, Raczkiewicz, Andreas, Sandoval. Różny też mam do nich stosunek, z reguły pozytywny lub neutralny, ale niekiedy bardzo niechętny (MacFarlane np.). Andreasa i Sandovala kolekcjonuję i lubię, Raczkiewicza kolekcjonuję z sentymentu i za komiks Kuśmider i Filo, jego jedyną w miarę dobrą historię. Nie znałem go osobiście, ale z wywiadów które z nim czytałem, wyglądał mi na poczciwą duszę i pasjonata, ale kompletnie niezdolnego do rzetelnej oceny swojego poziomu. Pamiętam jak w jednym z wywiadów stwierdził, że był najlepszym rysownikiem jakiego wydawał kiedykolwiek Świat Młodych. Śmiałe słowa! W tej gazecie gościł prawdziwy panteon gwiazd komiksu na najwyższym poziomie, choć również zbłądziła tu niewielka porcja graficznej amatorszczyzny.

Wracając do pasji gier i grania. Obecne gry są dla mnie zbyt realistyczne i zbyt skomplikowane. Wolę starocie, bo choć to paradoks – większe jest moje zanurzenie w wyimaginowany świat w prostocie i umowności starych gier, niż w dosłowności i realizmie gier obecnych. Ja potrzebuję do zabawy pixli wielkości drzwi od stodoły a nie 60fpsów i raytracingu. Kocham gry, podobnie jak i książki, za ich umowność i pola do popisu dla wyobraźni, za te „puste obszary” które tworzą, zmuszając wyobraźnię odbiorcy do samodzielnego ich wypełnienia. A współczesne gry to dla mnie „harówka za którą nie tylko nikt mi nie daje pieniędzy, ale to jeszcze ja muszę sporo za nią zapłacić”.
Obecnie dzieciaki rodzą się i wychowują wśród elektroniki i multimediów. Oni wśród cudów żyją i im one spowszedniały, zanim zdążyły pojąć, że to w ogóle są cuda. Natomiast nasze pokolenie narodziło się razem z pierwszym mikroprocesorem. (red. 6502 powstał w 1975 😉 )

Dla nas komputer był jak krzak gorejący dla zmęczonego łażeniem po pustyni Żyda. Sam pomysł, że można coś sobie wyobrazić a później to zmaterializować na ekranie i w tym uczestniczyć był tak szalony i wspaniały, że rozum tego nie ogarniał, dopóki w końcu nie zobaczył komputera w działaniu. Samo programowanie było magią, ludzie, którzy nigdy nie interesowali się przedmiotami ścisłymi i matematyką, uczyli się nagle programować, żeby ziścić swoje wizje na ekranie.

Szkice GEDa z lat 90-tych. Próby dotarcia do Marvela Więcej w Galerii

W latach 80tych koderzy byli celebrytami. CRASH i ZZZAP! robiły z nimi wywiady, a dzieciaki znały nazwiska programistów swoich ukochanych gier. Ale też wówczas programy były czymś skromniejszym i bardziej osobistym, nierzadko gra kodowana była przez jednego człowieka. Bywało, że robił on też grafikę a czasem…. wszystko, od pomysłu przez program po grafikę i muzykę.
Obecnie ekipa koderska to fabryka, oddział zgarbionych ludzi powciskanych w boksy jak serki Danio na palecie. Blade ludzie przerabiające kawę na mocz i megabajty. Nie zapomnę takiego właśnie widoku z Samsunga, w którym przez rok pracowałem jako artysta koncepcyjny. Całe piętro koderów, kilka sal i nigdy nie mogłem trafić do właściwej wracając z kibla z braku punktów odniesienia. Wszystkie sale wyglądały tak samo i wszyscy ludzie sprawiali podobne wrażenie, co w połączeniu z moją nędzną pamięcią do twarzy, sprawiało mi sporo kłopotów.
Zwiedziłem sporo firm robiących gry. Były lepsze i gorsze momenty. Źle na przykład wspominam pracę dla jednej z największych polskich firm robiących gry, z siedzibą we Wrocławiu. Stawki za projekty były głodowe a terminy wyśrubowane. Przez niskie stawki, aby związać koniec z końcem, musiałem brać dodatkowo fuchy w DTP, a praca ponad siły i kosztem snu na dwa fronty, kończyła się niedotrzymywaniem terminów i konfliktami z firmą. W rozmowie z szefostwem powiedziałem w końcu, że nie może być tylko presja, ale musi być też godne wynagrodzenie. Potępiłem ich styl „kija i nagrody bez nagrody”. Krępujące milczenie wyjaśnił mi z krzywym uśmiechem właściciel firmy: „ – Ja mam na nazwisko Nagroda”.

Jakoś tak wychodzi, że mam szczęście do nazwiskowych faux pasów. W innej pracy, w rozmowie z nową koleżanką, gdy ponownie wyszła sprawa skandalicznie małej pensji stwierdziłem, że nie lubię być traktowany jak jeleń na co ona „ – Ja mam na nazwisko Jeleń”. Pracując natomiast w dekoratorni Społem jako plastyk, udało mi się obrazić kolegę – stolarza „ – Stary czemu cię tak śmiesznie przezywają – Ficek haha? – zapytałem”. — Tak , słusznie się domyślasz Arku – on był Ślązakiem, a to jego nazwisko było.
W Społem byłem plastykiem, grafikiem, liternikiem. Jak zwał tak zwał, ale tam ludzie mieli wenę do nazw posad. Pamiętam do dziś, jak zataczałem się ze śmiechu w opolskiej dyrekcji Społem pod drzwiami z etykietką „Specjalista do spraw specjalnych”. To nie jest Arku żart tylko naprawdę, ktoś miał taki zakres obowiązków.

Komiks “Cybernoid“. Więcej w Galerii

Tkwię mentalnie w czarnej dziurze wspomnień i ani nie mogę, ani nie mam ochoty się wydostać zza swojego ujemnego horyzontu zdarzeń, dlatego Twoje zaproszenie Arku do Samara (red. Samar to polska grupa miłośników C64 tworząca programy demonstracyjne na C64), przyjąłem entuzjastycznie. Dawno temu zdałem sobie sprawę, że rozpamiętywanie i analiza przeszłości nie zawsze jest jałowa, wręcz przeciwnie, jedynie analiza wspomnień, wielokrotna i z nowych punktów widzenia, zmieniających się wraz z życiowym doświadczeniem, pozwala przeszłe wydarzenia zrozumieć. Egzystowanie spoglądając zawsze, wyłącznie do przodu i bez oglądania się za siebie, trąci mi filozofią „siedmiodniowych wycieczek dookoła świata”, gdzie nie ma czasu ani na obserwację ani na refleksję (“Na lewo widzimy Poznań, na prawo Częstochowę, a tam Stanley z żoną pasali krowy przez emigracją”. Znamy ten ból. Dopisek redakcji). Oczywiście, najzdrowiej jest jak we wszystkim i tu znaleźć umiarkowanie. Najdosadniej oddaje moje retropodejście zarówno do życia jak i scenowania Robert Silverberg w rewelacyjnej powieści „The Man In The Maze”:

„I think a man can be richer in knowing every atom of a single golden island in a blue sea than by spending his days striding among all the worlds.”



Categories: Wywiady

Tags: , , , , , , , , , , ,

1 reply

  1. Zajefajnie się czyta 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

%d bloggers like this: